Kategorie: Wszystkie | życie
RSS
poniedziałek, 14 grudnia 2009
nocno-pokojowo-świątecznie
Źle sypiam w nocy. Budzę się po kilka razy. Nie mogę sobie znaleźć miejsca w łóżku. A to wszystko przez to że nie mogę spać na brzuchu. A czasem przez Psa, który koniecznie musi zobaczyć czy mu ktoś po nocy kości nie wykopuje.  Dziś w nocy obserwowałam moje kocury okupujące parapet. Raczej ich cienie za zasłonką. I od razu widać kto w ich związku nosi kocie spodnie. Po kilku pacnięciach w łepek. Kocicu szybkim truchtem opuścił parapet. Kocurzyca nie zamierza z nikim dzielić się rozgrzanym od kaloryferów parapetem. A potem przez bardzo, bardzo długo oglądała padający śnieg. Też bidulka spać nie może. Kocicu znalazł pocieszenie na mojej szyi. Tak mi dzisiaj dobrze było, ciepło, przyjemnie i bezpiecznie leżeć wtulona w Ślimaka z 40 kilogramami Psa na nogach, 5 Kocica na szyi i obserwować cień Kocurzycy za oknem. Jakoś tak szybko ta noc się skończyła.
Skończyłam już projekt pokoju dla Młodego. Może nie powinnam tak radośnie obwieszczać, że skończyłam, bo jak znam życie do dopóki mi starczy sił i Ślimakowi cierpliwości to będę systematycznie wprowadzać małe i większe zmiany-ulepszenia. I już bym chciała ten pokój zrobić. I gdybym mogła to już bym zrobiła. Ale że jestem jakby uzależniona pod wieloma względami od Ślimaka to nie mogę nic. Mogę w necie poszukać nowych rozwiązań i tyle.
Już usłyszałam pierwszą krytykę, że w pokoju dziecka powinno być kolorowo jak na karuzeli, a ja tu salę szpitalną urządzam. Ale jakoś mnie to nie obchodzi. Bo jak ktoś nie jest w stanie zrozumieć, że to co wyrysowałam nie uwzględnia feerii barw zabawek i innych akcesoriów dziecięcych to niech spada. A kolory są dwa. Co z tego że dominujący to biały. To też kolor. Nie wiem czy dzieciaki dobrze się czują w oczojebnych niebieskościach, żółciach, zieleniach i różach. Ja na pewno bym się źle czuła.  No i co z tego że jest taki bardzo, bardzo w starym stylu. Dla mnie jest piękny. I Ślimakowi też się podoba. A jak Młody kiedyś poprosi "Mamo chcę mieć robota/konia/transformersa/batmana na ścianie" to mu namaluję, a jak będzie chciał to sam sobie namaluje i będzie żył z koszmarkami ściennymi, a póki nie będzie protestował będzie tak jak to wyrysowałam.
Ślimaka nie było przez kilka dni w domu. A ja się rozszalałam. Upiekłam pierniki. 4 setki pierników. Są przepyszne. Twarde jak cholera, ale pyszne. Takie w renifery, choinki, mikołaje. Po raz pierwszy chyba jest mi tak świątecznie tak wcześnie. Opycham się mandarynkami. I już trochę żałuję że nie spróbuję babcino-maminego ajerkoniaku. Być może nawet kręcenie go mnie ominie (bo według babci ajerkoniak można zrobić tylko ręcznie, kilkoma parami kobiecych rąk), co wbrew pozorom (pęcherze na dłoniach) też mnie zasmuci.
A ten śnieg co w nocy spadł to już "wziął i znikł".
poniedziałek, 07 grudnia 2009
Moja intuicja mnie nie okłamała. Będziemy mieli synka. Jesteśmy już po USG genetycznym i Młody jest okazem zdrowia. Jest większy niż powinien być. Ślimak jest przeszczęśliwy. I jak zwykle miał milion pytań, które mi by nie przyszły do głowy. Na każdą wizytę ze mną jeździ, sam ich pilnuje. Co prawda obrywa mi się czasem za histeryzowanie, wyolbrzymianie i już nie tak łatwo nakłonić go do odkurzenia.
Niestety nie mogę pracować. Pani doktor dała mi prosty wybór albo praca albo dziecko. Długo się nie zastanawiałam. Myślałam, że uda mi się dłużej popracować, no ale stało się jak się stało. W pracy się tego spodziewali. Co prawda czasem coś mi znoszą coś do domu. Ale daję radę. To że nie pracuję ma swoje minusy. Po pierwsze mam za dużo czasu na myślenie. Więc wczuwam się w siebie i wymyślam głupoty. Po drugie Pies nie może zrozumieć czemu musi czekać na spacer aż na powrót Ślimaka i jest strasznie obrażony. A ja najzwyczajniej się boję z nim chodzić sama. Boję się że mnie szarpnie, że nie dam rady go utrzymać. A to wszystko dlatego, że tam gdzie mieszkam mieszka również masa idiotów, którzy myślą, że jak mają małe pieski to mogą je wypuścić na spacer samopas. I mają w dupie że te małe pieski rzucają się Psu do gardła. A Pies może zrobić im krzywdę, bo mimo że się Psu czasem wydaje że jest małym Pieskiem i ładuje się na kolanka, to 40 kilo czyni go już całkiem pokaźnym psiskiem z kilku tonowym uściskiem szczęk. A po trzecie i najgorsze zaczynam gotować. I to jest dramat. Ślimak je albo udaje że je, a potem robi dla nas kanapki. Pies nawet nie udaje że je. Tony żarcia lądują w koszu. A mnie co kilka dni napada ochota na zrobienie obiadu i zawsze mam przeczucie że tym razem się uda. Kończy się tak że ja jestem zmęczona, wkurzona i głodna. Ale chociaż makarony mi zawsze wychodzą. I sałatki. I pomidorówka.
Mam czas zająć się podrasowywaniem domu. Od tygodnia jest u nas mega świątecznie. W kominku praktycznie nie gaśnie. I tak jakby bardziej domowo się zrobiło. Uwielbiam mój dom. Mam wreszcie masę czasu na czytanie, choć ciągle zdarza mi się zasypiać.
Projektuję już pokój Młodego. W lutym chciałabym już go zrobić, żeby wszystkie zapachy po malowaniu wywietrzały, meble straciły zapach sklepowy. Ciągle coś poprawiam coś zmieniam. Czasem odjeżdżam i Ślimak musi mnie sprowadzać na ziemię.
Wreszcie jestem szczęśliwa.
środa, 11 listopada 2009
a jednak jedno
Maluszek jest jeden. Zaraz po wizycie było mi trochę przykro. Ale najważniejsze, że z Małym jest wszystko dobrze. Machał łapką. Serducho biło jak szalone. Na zdjęciu już ewidentnie widać, że to człowiek.
Ostatnio zdałam sobie sprawę, że mówię o Nim: On, Jemu, z Nim. Ale to tak podświadomie.
Pani doktor kazała zastanowić mi się nad zwolnieniem. A ja bym chciała pracować. W domu pewnie bym wymyślała jakieś głupoty, a tak głowę mam zajętą. Zmęczenie już ustąpiło i czuję się na prawdę dobrze. Za miesiąc zapadnie decyzja i jeśli pani doktor dalej będzie obstawała przy swoim to się podporządkuję. Choć nie bez żalu.
Robiłam ostatnio zakupy biustonoszowe. Postanowiłam być twardzielem i zajrzeć do sklepów w moim małym mieście. A tak szczerze mówiąc nie miałam serca naciągać Ślimaka na wycieczkę do dużego miasta, gdzie jest mój ulubiony sklep. Po nie za miłej rozmowie z trzema paniami, które mówiły na tyle głośno co by aby na pewno wszyscy w sklepie i kilka osób przed usłyszeli, że takich dużych rozmiarów to oni nie mają, a poza tym to na pewno w ogóle takich się nie szyje i jest zupełnie niemożliwe bym mogła mieć taki rozmiar, przecież (przez zimową kurtkę zapiętą pod samą szyję) to pani widzi jaki rozmiar mam. Ale ku mojemu zdziwieniu pani z niepozornego sklepiku po pierwsze nie zdziwiła się rozmiarem, poza tym jeszcze taki rozmiar miała, a co więcej w kilku wzorach i kolorach. A i nawet inne większe rozmiary zauważyłam na półkach. No i ma stałą klientkę, i została ekspedientką roku.
środa, 28 października 2009
gemini
Za każdy dzień spokojny składam modły dziękczynne. Czuję się dobrze. Dziś jest drugi dzień bez drzemek, gdy funkcjonuję jak normalny człowiek. Nie czuję się zmęczona jak po najcięższych robotach. Dziś udało mi się zrobić tyle co ostatnio w dwa dni. No dobra chodzę spać o 21, to znaczy śpię już wtedy kamiennym snem, ale chociaż dni nie przesypiam.
Dziś przy szóstym z rzędu spaghetti na obiad dostałam napadu histerii. Bez powodu, najmniejszego. No może jeden był. Zaniepokoiło mnie to, że się dobrze czuję. Wiem w ogóle bez sensu.
Za dwa miliony sześć tysięcy osiemset pięćdziesiątym siódmym razem oglądania zdjęcia USG po raz pierwszy obejrzałam je z tyłu. Właściwie Ślimak obejrzał. Obejrzał i zamarł. Wydał nieartykułowany dźwięk. Zajęło mu dwie godzin żeby zapytać.
- Lorka, a ty uczyłaś się łaciny nie?
- No uczyłam.
- A dużo pamiętasz?
- Niewiele.
- A wiesz co znaczy gemini?
- Bliźnięta.
No to zobacz. Zamarłam i wydałam nieartykułowany dźwięk. A wizyta dopiero za pięć dni.
sobota, 24 października 2009
Jestem po kolejnej kontrolnej wizycie. Wszystko jest w porządku. Wyniki też podręcznikowe. Serduszko biło jak szalone, Ślimak liczył tętno:) Pierwsze zdjęcia zmaltretowana od ciągłego oglądania.
Faza snu zimowego nadal trwa. Powiedziałam szefowi, bo przekłada się to na moją wydajność, mimo że bardzo się staram. Liczyłam się ze wszystkimi możliwościami. A tu miła  niespodzianka. Szef się szczerze ucieszył, pogratulował i kazał nie robić nic ponad własne siły. A ja i tak zabieram pracę do domu, bo nie wyrabiam się w pracy. A w domu śpię i koło się zamyka.
Sezon grzewczy w pełni. Kocury biją się o miejsce przed kominkiem. A i tak zawsze wygrywa Pies. Marzy mi się żeby tak sobie usiąść i poczytać. Więc siadam, otwieram książkę i... zasypiam. Nawet się bałam, że to jakaś anemia czy co tam innego, ale ponoć normalne i minie.
Z trudem udało mi się przekonać Ślimaka żeby w weekendy studenckie nie wracał do domu. Przespałby się tylko 4 godziny i gnał na uczelnie. Bardziej to wszystko przeżywa niż ja. Ja dziwnie spokojna się zrobiłam. A on się trzęsie. Jedynej rzeczy której nie wolno mi robić to dźwigać. Zakazane mam więc zakupy, pranie, a nawet podnoszenie lekkiej jak piórko Kocurzycy. Zakazane spacery z Psem, bo może mnie pociągnąć. Odbiło mu totalnie. O ile o czynności gospodarskie się nie wykłócam, moje lenistwo przyznaje rację w stu procentach. To spacery z Psem i przytulanki z Kocurami przemycam. No bo bez przesady.
Monotematyczna się zrobiłam. Przepraszam, postaram się widzieć coś poza własnym brzuchem. Nie będzie to łatwe, bo jestem taka szczęśliwa.
czwartek, 15 października 2009
Żyję. Mam się dobrze. Tak właściwie to mam bardzo mało czasu aby poczuć jak się czuję, bo przesypiam większość czasu, gdy jestem w domu. Gdy nie jestem w domu to też przysypiam.
Pierwsza wizyta u pani doktor już za mną. Czekam na kolejną. Jeszcze kilka dni. Dziwi mnie to bardzo, ale jakoś tak uspokoiłam się. Nie panikuję... No dobra trochę panikuję. Ale szybko przyprowadzam się do porządku.
Ślimak śmieje się z mojej niezaspokojonej potrzeby snu. Powoli się do tego przyzwyczaja, choć bawi go to wciąż niezmiennie. Już chyba z milion razy słyszałam historię:
"- Kochanie zrób mi herbatkę z lipy.
Idę do kuchni, wstawiam wodę, pytam:
- W dużym kubku?
- mhmmhhhhhhhhm
wrzucam do kubka lipę:
- kochanie z miodem? ? Lorna, z miodem?
idę do pokoju, a ona już śpi. "
A dziś mi kupił duży kubek termiczny, co by ta lipa mi nie stygła podczas drzemki.
Dostałam zakaz oglądania wiadomości i reklam,  bo wzruszają mnie do łez. Za to mogę oglądać mecz piłki nożnej, na którym usypiam jeszcze za nim nasi naszym zdążyli strzelić gola, bo przecież gapienie się w śnieg padający na boisku i nie widzenie piłki jest usypiające.
Czy u was też jest tak zimno i biało? Zima jakoś tak wcześnie i znienacka. Aż się z domu nie chce wychodzić.
poniedziałek, 05 października 2009
Ślimak znów zwariował. Wczoraj zabrał mnie do mojej ulubionej restauracji na kolację. Zjadłam tylko dwa desery, bo na nic innego nie miałam ochoty. Wariat tak się cieszy, że odpuszczają mi wszystkie lęki.
Do pracy przyszłam dziś marnie przygotowana. Jeszcze marniejsza z niej wróciłam. Zawinęłabym się w kołderkę i usnęła. Gdyby nie to że jeszcze trochę roboty na mnie czeka. Ale rozwijam w sobie postawę asertywną i ile zrobię to zrobię, bo przecież nie zawsze muszę być idealna.
Wyżebrałam jutro wizytę u mojej pani doktor, bo przecież do piątku nie mogłam się doczekać. Mam nadzieję, że wszystko będzie ok. Że będzie widać to co powinno być widać i że nie będę musiała leżeć w domu.
Wieczorem jesteśmy umówieni z moimi rodzicami, niech oni też zwariują, a co.
A póki co obżeram się pomarańczami i kompotem wisienkowym z wisienkami drylowanymi. Jestem szczęśliwa. Tak niespodziewanie, znienacka szczęśliwa.
sobota, 03 października 2009
Papla jestem i tyle. Nie potrafię trzymać języka za zębami. No ale muszę komuś powiedzieć, muszę i koniec, bo inaczej to chyba oszaleję.
Ślimak jest na studiach i nie bardzo z nim mogę pogadać. A bez niego z nikim innym rozmawiać nie będę, bo to chyba jeszcze nie pora i nie czas. Ale wam mogę powiedzieć, no co jakże by inaczej.
W poniedziałek mam umówione prześwietlenie płuc. Taka rutynowa wizyta kontrolna. I nie wiem naprawdę nie wiem co mi wczoraj strzeliło do głowy. Wieczorem robiłam porządki w szafce z lekami i wpadałam na test ciążowy. Niewiele myśląc wykorzystałam go, nie mając w ogóle żadnych, ale to żadnych podejrzeń. I wiecie co? Dwie grube kreski.
Nocna kilku godzinna konferencja telefoniczna ze Ślimakiem. Dziś drugi test z dwiema kreskami. Według moich zawiłych obliczeń koniec 5 tygodnia. Jak ja mogłam nie spostrzec, że tak bardzo jestem spóźniona w tym miesiącu.
Śmieję się i płaczę. Cieszę, skaczę z radości i paraliżuje mnie strach.
Nie wiem co mam ze sobą zrobić. Na niczym nie mogę się skupić. Papierki leżą i już część z nich powinna być zrobiona, a ja nie mogę, nie mogę na nie patrzeć.
Pojechałabym do rodziców, do Minki, ale przecież od razu wszystko wygadam.
Mętlik w głowie, mętlik w sercu. Oby wszystko było dobrze. Trzymajcie kciuka.
środa, 30 września 2009
jesień przyszła
Wróciłam do domu i zimno największe mnie ogarnęło. Już zaczęłam się obawiać, że łapie mnie jakie choróbsko. Ale gdy po powrocie ze spaceru pies szybkim sprintem zakopał się w mój pled na sofie to już byłam pewna, że w domu zimno.
W zeszłym roku to już we wczesnym wrześniu dogrzewaliśmy się kominkiem. Ślimak po sezonie grzewczym tak pięknie kominek wyczyścił, że aż żal było go zapopielać, ale Psu zimno w pledzie siedzi, Koty bardzo szybko zakopały się koło Psa i ja też miałam taką ochotę, tyle że dla mnie już miejsca na tej sofie nie starczyło. Podjęłam wyzwanie napalenia w kominku. Zazwyczaj schodzi mi się z tym z dobra godzinę. A tu pierwsze palenie  - ze dwie bite minimum. I aż się zdziwiłam, że po 10 minutach tak cieplutko i miło się zrobiło. Kocicu pierwszy zorientował się co się dzieje i szybkim truchtem z hukiem zaległ przed kominkiem. Na Kocurzycę długo nie trzeba było czekać. Potem Pies z miną: "no tak chciałaś na tą sofę to sobie idź teraz". No i tak fajnie i przyjemnie się zrobiło.
Jak pomyślę, że jeszcze zakupy nas dzisiaj czekają to mam ochotę zaryglować się w domu. Ale Ślimak nie radzi sobie z zakupami chemicznymi, fluidu to na bank nie da rady mi kupić, no i obiecałam, że pomogę. Muszę zacząć się przełamywać i sama wychodzić z domu. Na razie chodzę tylko z Psem i do pracy (ale to samochodem, więc się nie liczy). Nigdzie więcej sama do ludzi nie wychodzę. Ja wiem dlaczego i chyba już pora sobie z tym poradzić. Tyle że ze Ślimakiem bezpieczniej,  raźniej. Ale wiem, że muszę zacząć działać, bo się jeszcze jakiejś agorafobii nabawię.
Kocurzyca dała nam dziś w nocy trochę pospać. Pierwszy raz od tygodnia. I odkąd jestem w domu ani razu nie słyszałam wyjcowania. Mam nadzieję, że to koniec. I że szybko nie wróci.
wtorek, 29 września 2009
Oficjalnie wróciłam do świata i ludzi.
W pracy tyle nowych twarzy, że czuję się tam nowa. Ale jest fajnie. Tyle, że tyle pracy, że nie nadążam, przynoszę do domu, siedzę wieczorami i zapowiada się że weekend też spędzę nad papierkami. Muszę sobie wypracować nowe strategie.
W domu też nowo, bo całą swoją złość i żal przelałam w remont mieszkania. Stałam się małym radykałem i powyrzucałam (czasem rękoma Ślimaka) wszystko co nie potrzebne, wszystko co mi/nam się nie podobało, ale było w ramach "na chwilę". Nie ma już prawie żadnych "na chwilę", za to jest zwiększona motywacja do zakupu pewnych rzeczy, bo jakby brakuje sprzętów w domu. Niestety funduszy również.
Towarzystwo czterołapne w niezmienionym składzie. Pies tylko jakby bardziej posiwiał, za czym na szczęście nie idzie ustatkowanie. Kocurzyca jest w trakcie swojej pierwszej rui i funduje nam bezsenne noce. Przez chwilę mieliśmy pomysł aby zamknąć się w sypialni, ale jej skoki na drzwi były nie do wytrzymania. Kocicu jest całą sytuacją zdezorientowany i na wszelki wypadek unika jakichkolwiek kontaktów. Miałam nadzieję, że obejdzie się bez radykalnych rozwiązań w kwestii Kocurzycy, no ale niestety chyba trzeba będzie ją wysterylizować, bo mam wrażenie, że męczymy się wszyscy, łącznie z nią.
A i na bloxsie tyle zmian, że trudno się połapać. Pięć minut mi zajęło dostanie się do napisania czegokolwiek.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27